Czy architektura kocha psychologię?

Poniższy artykuł ukazał się na łamach witryny :

http://www.charaktery.eu/psycho-tropy/7668/Czy-architektura-kocha-psychologi%C4%99/

Psychologia  pokazała, jak bardzo odbiór architektury bywa funkcją parametrów psychiki i odbiega od prostego i jednoznacznego świata wymiarów, liczb i proporcji, skali.

 

12-letnia Zosia wybiera przyszłą szkołę: nie podoba się jej zawiły układ rejonowego gimnazjum: „Tu można się zgubić! Za dużo tu korytarzy, przejść!” – wyznaje. „Ta szkoła mi się podoba!” – wskazuje na budynek szkoły z lat 50. XX w. z jednym skrzydłem – z szerokim korytarzem i równą linią dużych okien. Teresce nie podoba się kolor ścian w innej szkole – „Jest za jaskrawy!” – twierdzi i stanowczo odmawia złożenia dokumentów do tej placówki. Młodzież  a nawet małe dzieci i mają nie tylko poczucie estetyki, ale także harmonii przestrzennej i świadomie unikają tego, co je przytłacza (zbyt duża lub za ciasna przestrzeń), tego, co jest monotonne, chaotyczne, pstrokate, nie daje poczucia prywatności lub kiedy trzeba wspólnoty („Gdzie będę się bawić z koleżanką, tu nie ma placu zabaw!?”) oraz łączności z naturą (jak brak zieleni, cienia lub światła słonecznego).

Architektura czasem bywa niesłusznie traktowana jako dziedzina techniki, w rzeczywistości to połączenie artyzmu oraz inżynierii, materiałoznawstwa (klimat termiczny, akustyczny, estetyczny i ergonomiczny budynku) i psychologii. To umiejętność zorganizowania przestrzeni w taki sposób, aby jej odbiór pozostawał w zgodzie z wymogami środowiska naturalnego (np. topografii ) i kulturowego oraz ukrytymi lub wyrażanymi potrzebami, wartościami oraz motywacjami człowieka. W sposób naturalny architektura i psychologia wychodzą więc sobie naprzeciw. Psychologia architektury jest wydzielana z psychologii środowiskowej i narodziła się niemal jednocześnie z samą psychologią, bo w 1886 roku (publikacja „Prolegomena zu einer Psycholgie der Architektur” H. Wolfflin ). Ponieważ XX-wieczna masowość i anonimowość projektowania oddaliła od siebie projektanta i  użytkownika, a zleceniodawca, płacący za projekt nie zawsze był/ jest odbiorcą – dziś kładzie się coraz większy nacisk na uczestnictwo potencjalnych użytkowników w procesie projektowania. Architekci coraz ostrożniej i bardziej świadomie stawiają kroki w procesie twórczym. Każda belka, ściana i gzyms powinny odpowiedzieć na pytanie: „jak?”, „co z czym?” i  „dlaczego?”. Przeprowadzane są tzw. studia przedprojektowe, wstępne konsultacje społeczne, które zbierają oczekiwania mieszkańców. W ten sposób np. została przeprowadzona rewitalizacja placu Grzybowskiego w Warszawie. Post fatum (od lat 60. XX w.) przeprowadza się ocenę budynków już eksploatowanych (tzw. POE lub OBE) – zwłaszcza budynków użyteczności publicznej jak: szkoły, biura, przedszkola, szpitale. Ocenia się jakość techniczną, funkcjonalną oraz behawioralną. Polski architekt Oskar Hansen w 1959 roku zaproponował tzw. formę otwartą, która w założeniu pozostawiała pole do swobody aranżacji przez użytkownika i z zasady niweluje potencjalne niezgodności. Dziś brak ścianek działowych to częsty standard developera mieszkaniowego, ale nie zawsze tak było. Nie zawsze również przywiązywano wagę do zagwarantowania wystarczającego poczucia prywatności – a człowiek to wszak istota terytorialna. Odpowiedni podział pomieszczeń – ma zasadniczy wpływ np. na życie rodzinne.

Architektura to także kwestia umowy społecznej, schematy ustalano i łamano, stosownie do funkcji i konwenansów. W najstarszym prawdopodobnie na świecie mieście odnalezionym w Turcji (osada Catal Huyuk z ok. 7300–7200 przed Chr.) nie było ulic, domy ściśle przylegały do siebie, poruszano się po dachach, a drzwi wejściowe znajdowały się nie w ścianach, ale na dachu. W jednym z belgijskich akademików największym wzięciem cieszy się apartament o konstrukcji pionowej, to znaczy wąski, ale wysoki (2,4 m x 2,7 m x 7 m) rozmieszczony na kilku kondygnacjach (architektem był Lucien Kroll). Dobrym przykładem może być także nowatorski współczesny dom, w którym dojazd do garażu pełni także rolę galerii obrazów („Dom autorodzinny” autor: Roberta Konieczny).

Lubimy, kiedy architektura nas zaskakuje, ale od wieków trwa nieustanna rywalizacja o lepsze uchwycenie piękna, harmonii, elegancji  oraz użyteczności. Psychologia wniosła z jednej strony narzędzia precyzyjnego pomiaru tego, co wydaje się nieuchwytne i trudno definiowalne, a z drugiej strony pokazała, jak bardzo odbiór, percepcja architektury bywa funkcją parametrów psychiki i odbiega od prostego i jednoznacznego świata wymiarów, liczb i proporcji, skali. Przykład? Proszę bardzo: okazuje się, że odległość w sensie psychologicznym – to odległość czasowa lub kosztowa, a nie fizyczna. Jeśli dojazd do pracy dłuży się z powodu korków lub obskurnego otoczenia, to te same 5 kilometrów będą dłuższe niż dojazd kolejką przy miłych pogawędkach i wzdłuż alei drzew. Podobnie czas nie jest wartością obiektywną. Psychologowie ustalili, że preferujemy zwłaszcza barwę czerwoną i niebieską, jeśli chodzi o figury geometryczne – zdecydowanie prostokąty, a proporcja odcinków odpowiada nam najbardziej na wzór starożytnego złotego podziału: A:B=B: (A+B).   Przestrzeń fizyczna ulega więc zniekształceniom psychologicznym, zakrzywia się w czasoprzestrzeni naszej psychiki.

Duże wpływ na architekturę ma zwłaszcza psychologia motywacji (pomaga dopasować projekt architektoniczny do oczekiwań) oraz psychologia postaci. To ona operuje pojęciami tak bliskimi architekturze, jak: kontynuacja, zamknięcie figury, bliskość – a wszystko w imię idei, że całość dominuje nad postrzeganiem sumy części. Prawo to wykracza poza postrzeganie, bo zbiorowa świadomość estetyczna jest pochodną preferencji poszczególnych jednostek. Miasto to nie tylko układ przestrzenny czy architektura, ale tradycje, symbolika, skala, struktura społeczna i nasze własne ścieżki w nim wydeptane. Język architektury, to system kodów, znaczeń, który od dziecka uczymy się odczytywać.

W architekturze od dawna poszukuje się archetypów miasta idealnego, zarówno schematu, jak i jego elementów. Niedościgłym wzorem wydaje się być schemat miasta średniowiecznego. Architekci więc świadomie wprowadzają zabudowę na planie centralnym, pierzeje, uliczki, stosują na późniejszą modłę ławki i fontanny. W takim otoczeniu czujemy się w przeważającej części najlepiej. Czy nie tęsknimy za tym wtłoczeni w zabudowę oddalonych od siebie podobnych, jak dwie krople wody, porozrzucanych w betonowej pustyni blokach? Ceny mieszkań wzrastają tam, gdzie pomyślano zawczasu o ciekawym i stylowym planie zabudowy i zagospodarowaniu terenu. Przyjrzyjmy się nazwom nowych inwestycji mieszkaniowych, jak wiele w nich określeń odwołujących się do naszej wyobraźni, bo kupujemy nie beton, cegłę, ściany czy chodniki, ale nasze marzenia, zaspokojenie naszych potrzeb, inwestujemy nie w „nieruchomość”, ale w nasz spokój, prestiż, poczucie bezpieczeństwa i wygody. Królują więc nazwy typu: Cichy zakątek, Zielona dolina, Złoty apartament. W 2012 roku w Warszawie odnotowano 12 inwestycji z nazwą villa (pisane przez v – sic!).  Przypadek? Większy prestiż gwarantowany!

Podejmowano próby skonstruowania wzorów matematycznych czy logarytmów komputerowych, które zwiększyłyby liczbę udanych inwestycji. Badano stosunek m.in. części do całości, złożoność, uporządkowanie, symetrię osiową, obrotową, przyjemność postaci (figury), zrównoważenie części prywatnych i wspólnych, otwartość, zamkniętość, intensywność, barwy, „przyjazne” formy geometryczne. To matematyka estetyczna . Lynch Kevin wprowadził pojęcie „czytelności” miejsca i mapy poznawczej, przy pomocy której odwzorowujemy miasto w naszej psychice. Zwrócił uwagę na słabo zaznaczone granice, miejsca pozbawione tożsamości, odizolowane, dwuznaczne, które przeszkadzają w zakodowaniu żywego obrazu miejsca. Przyjazne są zaś ciągi (drogi, ścieżki, chodniki itp.) o czytelnym kierunku, bez zakrętów, woda, zieleń. Sprzyjają szybkiej orientacji w przestrzeni, łatwym znajdowaniu drogi i oszczędności energii psychicznej.

Osobną kategorię zjawisk psychicznych, do których odwołuje się architektura stanowią złudzenia optyczne. Okazuje się, że już od czasów starożytnych  świadomie stosowano tzw. korekty optyczne, aby budynek prezentował się jak najokazalej dla obserwatora, który zazwyczaj przecież patrzy z dołu, a w świątyni raczej z głównej nawy. Narożne kolumny są więc nieco grubsze i umieszczone bliżej sąsiadujących, tympanon wychylano ku przodowi, aby w skrócie perspektywicznym „nie przewracał się” podczas zbliżania się do budynku, litery w napisach w górnym rzędzie nieco zwiększano, aby wydawały się tego samego rozmiaru, co te w dolnym, linie kolumnad przed fasadą bazyliki św. Piotra w Rzymie poprowadzono nie równolegle, ale rozbieżnie, w stronę budynku, co daje efekt przybliżania się budynku do widza. W XVIII-wiecznych ogrodach przedłużano perspektywy widokowe poprzez wytyczanie osi, które sięgały poza granice posiadłości itp. itd.

Bywało, że mariaż architektury i psychologii wykorzystywano w niecnych celach: do gabinetu Hitlera w nowo projektowanej kancelarii Rzeszy w Berlinie prowadził bardzo długi korytarz (220 m), jego biurko o ogromnych przytłaczających rozmiarach stało na końcu długiej sali. Efekt? Wódz od razu rósł w oczach, a petent malał. Dyplomaci mieli pokonywać drogę jeszcze dłuższą – bo około 0,5 km. Architektura socrealistyczna także jest monumentalna, surowa – w odbiorcach wzbudza respekt. Prawie wszyscy wielcy wodzowie swoje zwycięstwa znaczyli paląc i burząc dorobek architektoniczny poprzednich pokoleń i stawiali budowle, które uświetniały ich własny tryumf. Bywało, że całe dzielnice burzono (np. pod pretekstem ochrony przeciwpożarowej), aby miasto było po prostu łatwiej kontrolować. Domyślano się  bowiem, że duże zagęszczenie zabudowy sprzyja buntom społecznym. Badania tego do końca nie potwierdziły, ale usprawiedliwiano urbanistykę buldożerów  – tak przeorganizowano w XVI w. Rzym, w XVIII Paryż.

Współczesna architektura oprócz tradycjonalizmu, regionalizmu odwołuje się do kontekstu historycznego oraz zasad partycypacji użytkowników na etapie projektowania. Zdecydowanie zmierza też w kierunku ekologii, pomysł miasta – ogrodu to tylko jedno z pierwszych świadomych poszukiwań równowagi ze środowiskiem naturalnym, po epoce industrialnej.  Współczesny człowiek ma bowiem coraz większą potrzebę odpowiedzialności za środowisko naturalne, dlatego kładzie się nacisk na energooszczędne technologie (np. dom – ziemianka), buduje się domy z odzysku, np. z elementów betonowych wykorzystywanych przy budowaniu autostrad. W równym stopniu dba się o otoczenie budynku, włączając architekturę krajobrazu.

W Polsce wciąż dopiero są wypracowywane standardy dotyczące polityki przestrzennej, ochrony krajobrazu, przyrodniczego i kulturowego (przykład: aktualna dyskusja dotycząca szpecących reklam w miastach). Czy przedmieścia powinny mieć przewidziany plan zagospodarowania przestrzeni wspólnej, czy wystarczą nam tylko mini osiedla na działkach-kiszkach w polu (Józefosław)? Czy można zbudować wielko powierzchniową galerię handlową na końcu miasta, tuż obok bloków mieszkalnych i dużego rezerwatu (przykład planu rozbudowy TESCO na warszawskich Kabatach)? Te i temu podobne pytania, wciąż czekają na odpowiedź. Ład architektoniczny i psychologiczno-społeczny bywa zbyt często naginany do zasobności portfela inwestora, ale to już zupełnie inna historia i inne prawa psychologii.

Agnieszka Marianowicz-Szczygieł

lufcik@lufcik.info

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł, powiadom o nim innych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *